Goa (Indie)

wspomnienie podróży sprzed kilkunastu miesiecy - na blogu post z 29V 2011

Wędrówkę (luty 2011) po czterech (z 28 stanów Indii) zaczęliśmy z góry, z północy od Maharasztry (z Mumbajem jako stolicą), potem opisana już Karnataka i Goa plus Kerala. Tu chciałabym napisać o Goa.
गोवा (hindi) गोंय (konkani)
Trochę danych:
  • najmniejszy co do powierzchni  (3.708 km kwadr.) stan Indii
  • pod względem ludności  (52 mln 850 tys) tylko trzy stany są mniej liczne od Goa (też niewielkie Mizoram i Siikim i dużo większy Arunaczal Pradesh)
  • ósmy co do gęstości zaludnienia (363)
  • trzy religie: 65.8 % hinduiści,  26.7 % chrześcijanie, 6.8 % muzułmanie
  • język, jeden z południowych, drawidyjskich języków: konkani
 
topnews.in

To trzeci stan, w który wjeżdżamy. Po Maharasztrze i Karnatace. Na dworcu znajome wykrywacze metalu. Strach rozciąga się na kolejne stany, także na sprawiający wrażenie państwa w państwie Goa.


zdj. Tamanna

Na czym polega jego odmienność? Czy ukształtowało ją   500 lat panowania Portugalczyków (dopiero w  1961 roku wyproszonych przez armię indyjską)?

    
supergoa.com- wojska indyjskie wkraczają na Goa

Portugalię słychać w piosenkach na Goa (jak pokazuje to Udi z filmu "Guzaarish"), widać w odmienności tańca, w nazwach. Ujmuje egzotyką także Indusów.


zdj Tamanna

Duża w tym rola chrześcijaństwa. Wprowadzane tu przez portugalskich misjonarzy brutalnie, dosłownie ogniem i mieczem, dziś jest bogactwem Goa.  Żyje  w postaciach  wielu pielgrzymów  przychodzących do grobu św Franciszka Ksawerego. I trwa w pamięci jako ślad historii - dwadzieścia kościołów Starego Goa umieszczonych na liście UNESCO. Ale, gdy wysiadamy w największym mieście  w północnych Goa uderza mnie wszechobecność ogromnych reklam.



W drodze z Margaon do stolicy Goa, Panaji jedziemy autobusem mijając filie wielu zachodnich firm. Tych najsławniejszych.  Zaskakuje widok krawężników. Czy ja je wcześniej w Indiach widziałam? Poza Mumbajem?



Goa z jego porządkiem, pilnym sprzątaniem ulic wydaje się być innym światem.



Chociaż i tak potrafi zaskoczyć w hotelu instrukcją  zachęcającą gości do... zamykania drzwi ubikacji.



Przypomina mi to podobne instrukcje zabraniające w muzeum (Hampi) czy w świątyni (Mumbaj) plucia. Raz nawet zdarzyło mi się gdzieś zobaczyć obrazkową instrukcję - zakaz plucia i załatwiania na drodze swoich potrzeb fizjologicznych.
Niemniej dużo tu czyściej, mniej chaosu. Dla mieszkańców Goa ma to swoje minusy. Jeśli gdzieś jest bliżej raju, to znajdą się chętni, by tam przywędrować. 363 osoby na km kwadratowy. W lokalnej gazecie czytam o niezadowoleniu tubylców  z tego, że na tym kilometrze jest w Goa coraz to więcej ludzi. Czy przeszkadza im też, podobnie jak uczynienie z Goa kiedyś Mekki hipisów, najazd Rosjan? Zrobiono już dla nich wyjątek. Jadąc do Goa, mogą uzyskać wizę na miejscu. Toteż słychać tu rosyjski. Mówi się, że plajtującym w Rosji opłaca się wynająć moskiewskie mieszkanie i za pieniądze za wynajem żyć po królewsku  na Goa.
Goa jest tak małe, że dzieli się tylko na północne i południowe. Przyjeżdżamy z Gokarny (w Karnatace) do największego miasta południowego Goa. Drugie co do wielkości na Goa Margao (Madgawn). Z ulgą wyjeżdżamy z jego zgiełku, pyłu w bardziej zieloną przestrzeń zdążając autobusem (za śmieszną cenę) do stolicy Padźimu (Panaji). Wyjście z autobusu i oko od razu wędruje do uroczej hinduskiej świątyni. No jasne, przecież 2/3 uchodzącego za bastion chrześcijaństwa Goa to jednak hindusi.

 
 
Ale gdy białym maruti (choć moglibyśmy zaryzykować charakterystyczny dla Goa  motocykl w roli taksówki) podjeżdżamy pod reklamowany w "Pascalu" hotel, u końca ulicy widzimy białą fasadę kościoła. Uliczka


sprawia senne wrażenie. Panuje tu duch portugalskiego "sossegado" (zrelasowany), który wg niektórych nadaje Goa klimat powolnego cieszenia zmysłów, tak różny od sztywnej kolonizacji Anglików.


Szkoda, że w pensjonacie brakuje miejsc. Dobrze było by mieszkać w czymś, co nosi nazwę "Don Alonzo".
Ale "El paso" też brzmi nieźle.


Pojechałam do Indii, a jestem w Portugalii. W tym miejscu nie dziwi melodia fado.
Musimy się jednak spieszyć. Wkrótce zapadnie zmierzch, a bardzo chcielibyśmy zobaczyć oddalone 10 km od Pandźimu Stare Goa.
Jedziemy tam rykszą (nie, nie, nie ciągnie jej człowiek-koń, to można spotkać jeszcze tylko w Kalkucie). Mijając położone nad rzeką Mandowi pole wszechobecnego w Indiach krykietu.
 



Old Goa. Stare Goa.  Z zamieszkałego niegdyś przez kilkuset tysięcy mieszkańców miasta po XVII wiecznych doświadczeniach epidemii malarii i cholery pozostały zamiast ludzi wznoszone przez nich budowle. Przede wszystkim 20 jasnych kościołów zapisanych jako jeden z 27 indyjskich zabytków z listy UNESCO. Za chwilę ciemność uniemożliwi zobaczenie nam ich. Musimy więc szybko wybierać. Zaczynamy od najsławniejszej Bazyliki Bom Jesus.



Idąc w jej kierunku podziwiam piękne rozłożyste drzewa. Jak im na imię?


I palmy, zza których przebłyskuje biel kolejnych kościołów, do których chcemy potem podejść: katedra świętej Katarzyny i kościół świętego Franciszka.


 


Na kościele Bon Jesus napisy po angielsku. Fragmenty z Biblii. Widziałam to też w innych miejscach. Po angielsku (w tym języku słyszałam prowadzone eucharystie) i w lokalnych językach. Słowo Boga wyniesiono na mur.
  

"Ktokolwiek żyje i wierzy w Jezusa, nigdy nie umrze". Ustami Jana głoszona obietnica zmartwychwstania.
 Zaraz po wejściu do kościoła  uwagę moją zwraca miejsce żarliwej modlitwy.



Czczoną postacią jest tu święty Franciszek Ksawery.


"Apostoł Indii", wcześniej student Uniwersytetu Paryskiego, filozof i teolog, wyświęcony w Rzymie, zwerbowany przez Loyolę, założyciela jezuitów, posłany na Goa, by zaradzić korupcji i rozwiązłości Portugalczyków. W 1540 roku podróż na Goa nie była czymś tak szybkim i bezpiecznym jak nasz lot samolotem (zagrożony tylko przez terrorystów). Franciszek Ksawery dotarł na Goa po 13 miesiącach podróży, schorowany. 10 lat przed swą śmiercią w Chinach. My jeździmy teraz poznawać. Kiedyś z Europy jeździło się do Azji kolonizować  i nawracać. Wyzyskać materialnie i przekazać im wieść, że Bóg ich kocha takimi, jacy są, czy uwieść ich  duchowo?
W 1927 Franciszka Ksawerego uznano  patronem misji, wyrażając tym uznanie dla nawrócenia dziesiątków tysięcy Indusów (więcej jako pojedynczy człowiek nawrócił rzekomo tylko święty Paweł). Do dziś na Goa popularnym imieniem wśród chrześcijan jest Xavier. Nawet obecnie w Indiach można spotkać misje jezuitów, prowadzą oni wiele szkół. A jednak z nabożeństwem czcząc jego świętość (potwierdzoną w oczach ludzi nierozkładającym się w Bon Jesus od 500 lat ciałem)


ze smutkiem trzeba wspomnieć, że to on w 1545 dopraszał się  wprowadzenia na Goa świętej inkwizycji. 8 lat po jego śmierci spełniono jego prośbę. Od 1561 do 1774 roku, w którym na cztery lata zawieszono działalność Inkwizycji, na Goa przed jej sądem stanęło ponad 16 tysięcy osób. Na 57 dokonano kaźni, 62 spalono. Przede stosowano ją wobec przechrzczonych iberyjskich muzułmanów i żydów, ale i wobec hindusów w sekrecie nie rezygnujących z wiary w swoich bogów. Z czasem stała się ona narzędziem kontroli hindusów i sposobem na przejęcie ich majątków. Przy zniesieniu jej w 1812 roku zniszczono archiwa uniemożliwiając wgląd w liczbę ofiar. Mogło ich być niemało, jeśli pierwszym aktem inkwizycji na Goa był zakaz praktyk hinduskich. Pod karą śmierci. Ostatni stos zapłonął na Goa w 1773 roku. Trudno sobie wyobrazić grozę tego czasu, gdy się spaceruje po krużgankach kościoła Bon Jesus

 
 
wśród fotografujących turystów i modlących się pielgrzymów,
 
 

  patrząc na gołębie w załomie muru. Czy w Indiach gołąb  też jest symbolem pokoju?

 

Sowa symbolizuje u nich śmierć, przepowiada nadchodzące zło; paw, drawidyjski symbol matki Ziemi, jest też ptasim symbolem Indii. Pasuje mi do Indii jego zwykłość nagle przemieniana w cudowne piękno kolorów.

W kościele Bon Jesus zaskoczona spotykam kogoś znajomego. Na ścianie zdjęcie jeszcze nietkniętego przez czas Jana Pawła II. Patrząc na jego uśmiech czuję uśmiech na swojej twarzy.

 
 Idziemy w stronę kolejnego kościoła. Katedry Se (świętej Katarzyny), 18-latki ściętej w 300 r n.e. w Aleksandrii za protest przeciw prześladowaniom chrześcijan.

 
Obok niej kościół świętego Franciszka. Bracia Mniejsi podobnie jak jezuici, dominikanie, augustianie, czy karmelici  byli wśród nawracających Goa.

 

 Stawano się chrześcijaninem zachowując w społeczeństwie swoją pozycję wysoką lub niską w systemie kastowym. Robiono to zmieniając hinduskie imię na portugalskie. Nowo ochrzczony otrzymywał imię swego portugalskiego ojca chrzestnego, księdza, czy żołnierza. Rama Prabhu syn Vithala Prabhu stawał się Francisco Fernandez. Chandrappa Naik, syn  Gandaulima stawał się António Dias.

Minęło trochę czasu i w 1928 roku na znak oporu wobec Portugalczyków i reprezentującego ich kościoła katolickiego w ramach masowej  shuddhi (liturgii oczyszczenia) 4.851 hindusów nawróconych kiedyś na chrześcijaństwo powróciło do wiary swych przodków. Ponownie zmieniając imiona. Francisco stał się Ramą, Antonio Chandrappą itd Mimo, że Portugalczycy nie uznali zmiany ich imion.
I takie to przygody z tożsamością przeżywa Goa. Ciekawa jestem jak ma na imię ten oto Indus remontujący katedrę świętej Katarzyny, przed którą kiedyś płonęły tu stosy.

 

Ale na Goa łatwo otrząsnąć się ze smutku przeszłości. Dziś stan ten zarabia na jej cieniach. Najbogatszy ze stanów Indii. Dochód 2,5 raza większy na głowę niż w pozostałych stanach.


Ile spokoju w tym obrazie rysującej coś dziewczynki!


Domyślacie co rysuje w takiej wolności siedząc tu na ziemi? No tak, jeden z kościołów Starego Goa. Świętego Franciszka.


Zagadując się o dochodach Goa i malujących je dziewczynkach, mogę nie zauważyć, że zapada zmierzch. Zniknie w nim naście nieobejrzanych przeze mnie kościołów, ale kościół świętej Moniki jeszcze widać. Wyobrażacie sobie jak kończą jego budowę w 1627 roku. Jak 9 lat potem płonie? Jak rok potem odbudowują  go ze zgliszcz? W tym uporze jest coś z wytrwałości świętej Moniki, patronki matek, które mają problemy z dziećmi.


Święta Monika, matka przyszłego świętego Augustyna. Zobaczcie ją jako rzymską chrześcijankę w IV wieku na terenach dzisiejszej Algierii. Z mężem poganinem. W roku, gdy udało jej się przed śmiercią przekonać umierającego męża do chrztu, jej syn zaczyna w Kartaginie używać życia. Naście lat modlitwy matki, która zmieniła serce syna doprowadzając go do chrztu i  wyboru takiego życia, które uczyniło go świętym. Rok jego chrztu stał się dla niej rokiem jej śmierci. Na Goa ich imiona wymawiane są prawie jednocześnie. Jak dojść do kościoła świętego Augustyna? Tam pod górę, za kościołem świętej Moniki.

 
Ale o ile w murach kościoła świętej Moniki słychać głosy, śmiech, śpiew żeńskiego klasztoru, o tyle kościół pod wezwaniem jej syna jest na Goa swoistym "memento mori".

 

Z 1600 lat temu zamilkł jego głos. Rozpadają się kościoły pod jego wezwaniem, a jednak to, co pisze on  w swoich "Wyznaniach" mogłoby być dialogiem w moim sercu:
Nie, odrzucić trzeba to wszystko, uwolnić się od wszystkich głupstw, poświęcić siły jednemu tylko celowi: poszukiwaniu prawdy. To życie jest pełne niedoli, a pora śmierci nieznana. Gdyby tak nagle mnie zaskoczyła w jakimż ja stanie stąd odejdę? Więc gdzie właściwie mógłbym się nauczyć tego wszystkiego, co dotychczas zaniedbałem w tym życiu? Czyż nie należy raczej przypuścić, że trzeba będzie za to zaniedbanie ponieść ciężką karę? Ale z drugiej strony przypuśćmy, że śmierć kładzie kres wszystkim troskom, kończąc wszelkie odczuwanie. To też jest możliwość, którą trzeba rozważyć. Ale w istocie nie można jej uznać. Nie jest to przecież przypadkiem, że w całym świecie tak przemożnie się rozpowszechniła powaga wiary chrześcijańskiej. Boża moc - czyż dokonałaby dla nas tych tak wielkich rzeczy, gdyby śmierć ciała unicestwiała także duszę? Czemuż więc się ociągam? Czemuż nie porzucam światowych nadziei i nie oddaję się całkowicie szukaniu Boga i szczęśliwego życia?


 Na liście ghost towns - miast duchów są trzy miejsca, które odwiedziłam podczas tej podróży po Indiach: Daulatabad, Hampi i ...Stare Goa. Wyjeżdżamy  już w ciemności z dziś opuszczonego, a przed laty przyrównywanego do Lizbony miasta. Wracając tam, gdzie odeszła jego świetność, do nowej stolicy Goa, Padźimu.
A tam rzeczywiście następnego dnia  lustrzane odbicia w nowoczesnym budynku "The Times of India", angielskojęzycznej gazety o największym  na świecie nakładzie (prawie 3,5 mln czytelników codziennie). Oprócz Delhi wydawana jest też jeszcze w 20 miejscach Indii, m.in. Chennai, Mumbaj, Pune, Hyderabad i oczywiście Goa.
 
     

A w pobliskim barku nie doprosisz się już tradycyjnego lassi indyjskiego. Wypiera go cola. A zamiast pachnących curry dań  ta młoda dziewczyna podaje tu pizzę. Pizzy i coli towarzyszy odpowiednio do nich dobrana zachodnia muzyka.
     
 
 
Wędrujemy ku morzu. Znamy już Morze Arabskie z Gokarny w Karnatace. Ciekawe, czy inaczej wygląda w słynącym z plaż Goa. Po drodze domy Padźimu.

 

ozdobione zachodnimi markami,


albo pół opuszczone,

 
 
czy też w budowie (z zabawną czyżby wiechą?),


lub z palmami na dachach.

Nadal nie mogę się nadziwić temu, że ulice mają chodniki, chociaż tak jak wszędzie w Indiach wylegują się na środku ich koniecznie płowe, bezdomne psy.


Wreszcie plaża!! Ale zamiast koszów i plażowiczów znowu psy i wrony,

 
 
i kilka Hindusek w sari przygotowujących posiłek.


Widok morza szarpanego wiatrem cieszy nie tylko mnie.



 Widzicie tego sikha? Czy pod turbanem naprawdę ma nigdy nie ścinane włosy? Czy czyta on codziennie panią Księgę, uznaną za ostatniego, jedenastego guru sikhów?
A ten chłopiec? Dla niego cieszące nas słońce to przeciwnik. Jak trudno w tym upale pchać po piasku ciężar.

 

Ten też pracuje. Dźwigając na głowie i obierając nielicznym nad wodą ludziom ociekające sokiem ananasy. Balibyście się je zjeść?



Ale są też chłopcy, dla których morze nie jest źródłem utrzymania. Za chwilę będą się kapać (co rzadko zobaczysz w Karnatace czy Kerali). Mimo czerwonej flagi.



Tu też odpoczynek. Z zardzewiałym statkiem w tle. Pełno ich w Pandźimie.
Nie mniej niż obejmujących się przyjaźnie chłopców. W tej kulturze nie oznacza to jednak homoseksualizmu, który



Indie zalegalizowały dopiero w lipcu 2009 roku. Dotychczas zgodnie z prawem wprowadzonym jeszcze przez Brytyjczyków uznawano go za czyn przestępczy. Sąd najwyższy legalizując homoseksualizm stwierdził, że "każdego rodzaju dyskryminacja jest antytezą prawa do równości" zagwarantowanego przez konstytucję Indii.

 

Wypoczywać można w grupkach. Lub samotnie. Obok tylko co ściętych maczetą na wierzchołku palmy kokosów.

My wybieramy w hotelu Ritz krewetki i homary. Tu wreszcie na naszą kieszeń, chociaż zaproszono mnie (dzięki J.!:). Goa słynie ze swojej kuchni - mięso, ryby z portugalskiej kuchni przyprawione na indyjski sposób, a podane z takim uśmiechem.



Potem w poszukiwaniu bankomatu wędrówka przez miasto nocą. Z jego zabawnymi smaczkami:
 
 

 

Żegnając się już z Pandźimem (tam nazywaliśmy go Panaji, bo nikt by tej polskiej nazwy nie zrozumiał) w drodze na dworzec autobusowy znów mijamy budowę. Jak często tu w Indiach widać na budowie kobiety! Niosąc ciężar w miskach na głowie stać je jeszcze na uśmiech.
     
Ostatnie chwile w klimacie stolicy Goa. Jej nowoczesności,

starych domów,


i przyjemności snu w południe (mam nadzieję, że nikt za to zdjęcie nie zwolni miłego pana z pilnowania czegoś tam).


Już opuszczając Panaji (no niech będzie, Pandźim), prosimy aby rykszarz zawiózł nas pod dumę stolicy Goa, wysoko nad miastem górujący kościół pod wezwaniem Niepokalanego poczęcia Marii Panny.

 

Wędrujemy  do niego schodami wciąż w górę. Po drodze mijając pogrzeb chrześcijański. Z muzyką harmonii, trąbek  i bębna.
Jadąc w kierunku południowego Goa, do Margao mijamy zielone przestrzenie. Szkoda mi, że nie zobaczę więcej z tego w połowie zalesionego stanu, słynącego z dziewiczych plaż.
Zaraz po wjeździe w zgiełk Margao cieszy mnie widok szewca reperującego buty na skraju ulicy. Pod ukwieconym okiem Opatrzności zamkniętej w metalowej klatce chrześcijańskiej kapliczki.


Dalej być może kiedyś przez niego reperowane buty czekają na właścicieli przed progiem sklepu.



Indusi bardzo dbają, by pyłu dróg nie wnosić nie tylko do świątyń, meczetów, czy kościołów, ale i kawiarenek internetowych, domów i sklepów.

Prowadzeni przez bardzo życzliwą nam Hinduskę zdążamy w kierunku hotelu "La Flor". Droga robi się coraz bardziej slumsowata. Ruinom barw dodają tylko pełne wiary w przyszłość młodych i Indii reklamy.



Doszedłszy do hotelu mamy okazję przekonać się co na co dzień noszą w torbach takie życzliwe osoby jak Lucia de Silva.



"To od mojej siostry. Zawsze mam Go przy sobie. Pomaga mi być dobrą", mówi z rozbrajającym uśmiechem kolejna osoba podtrzymująca w nas obraz Indii wyciągających ku nam pomocną dłoń.

Wieczorem wracając z kolacji w restauracji w bardzo portugalskim stylu, spotykamy  te oto dziewczyny. Zanim odjadą jeszcze się do was uśmiechną.

Tyle dziewczyn na motorach widziałam chyba tylko we Włoszech:)

Nazajutrz rano w drodze na pociąg do Thiruvanandhapuram, stolicy Kerali. Kiedy już się przejdzie przez bramki z wykrywaczami metalu na dworcu z Margaon zaczyna się wielkie czekanie. Właściwie mogłabym tak siąść na peronie i nie ruszając  się nigdzie patrzeć, jak Indie wędrują same przede mną w postaci na biało ubranego muzułmanina,

 

nieobecnego duchem, bosonogiego biedaka,

 

świeżo upieczonego lekarza, jadącego do Kerali po wiedzę z ajurwedy,


kalekę, który przed chwila głośno zaśmiewał się podczas rozmowy przez komórkę,

 

nie uciekającej wzrokiem muzułmanki (jak ja lubię tę ich spokojną odpowiedź na spojrzenie!)

 

Czy mi się wydaje, czy naprawdę w tej relacji z Goa nie było ani jednego zdjęcia dziecka?? Niemożliwe. Oto ono. Czyżby matki indyjskie też lubiły przegrzać  czasem swoje dziecko?:)

   

  A teraz zostaje mi przed odjazdem pociągu do Kerali (no najpierw sobie poczekam, poczekam:) umówić się z pewną palmą wyrosłą na peronie na spotkanie. Ja tu wrócę!!! Czekaj na mnie na Goa.