Podróż do Indii - luty 2011

          "Podróż do Indii".

 

Pewnie każdy, kto z pasją próbuje poznać Indie, zna angielską powieść E.M. Forstera o takim właśnie tytule. Albo przynajmniej jej filmową adaptację. Ale jeśli ta podróż staje się Twoja rzeczywistością?! Jeśli trzymając w ręce paszport, nie możesz uwierzyć, że samolot do Mumbaju za chwilę odleci z tobą na pokładzie? Rano w Europie, o północy w Azji. Zgubiwszy po drodze cztery i pół godziny. A ta różnica czasowa to dopiero obietnica prawdziwych różnic.
Uzbroiwszy się jak na wojnę antykomarową, od stóp do głów nasmarowana Muggiem wychodzę z lotniska. Ale w drodze do hotelu "Sea Lord" strach przed malarią staje się śmieszny w obliczu obrazów przewijających się za oknem taksówki. Slumsy. Z ciemności blask reflektorów wyławia budy sklecone z byle czego i ludzi śpiących na chodniku. Nawet nie jestem pewna, czy żyją. Drugim szokiem jest poczucie, że nie ma nic pewnego, iż pierwszy dzień w Indiach nie będzie moim ostatnim. Wszyscy wokół trzymają rękę na klaksonie wciąż wymijając lub dając się wymijać. O sekundy, milimetry od stuknięcia się. A jest co wymijać! Kozy, krowy, psy śpiące na środku ulicy, nie mówiąc już o ludziach prześlizgujących się bez pośpiechu między pojazdami. Ludziach często obarczonych ogromnymi ciężarami. Na głowach, pchanych przed sobą, ciągniętych na taczkach

  
 
 np. stosach cegieł czy balach drewna. 

Hotel "Sea Lord" nie ma w sobie nic z lorda. Do morza też daleko, za to gdzie nie spojrzysz widać podobizny, a to niebieskórego Kriszny, a to słoniogłowego Ganeśy, czy Hanumana o twarzy małpy. Ma to swój urok nowości, szczególnie, gdy przed obrazem stoi misa, w której pływają główki kwiatów. Tu ludzie pochylają głowy przed swoimi bogami. Dziękując im i prosząc ich. Wielbiąc ich w podziwie.
Budzi nas rano... No właśnie, jak myślisz, co usłyszysz budząc się w Mumbaju? Szum wentylatora, krakanie kruka, ale jeśli obudzisz się w czasie odpowiednim na namaz, to wołanie muezina na modlitwę. Indie wznoszą oczy ku górze? Ale czy ich rozumienie Boga ma odniesienie do wyznaczników przestrzennych góra/dół?  Następnego dnia poznajemy je począwszy właśnie od miejsc żarliwej modlitwy. Najpierw muzułmańskiej przy grobie świętego Haji Alego,

 

 potem hinduskiej w świątyni Mahalaxmi. Oba miejsca, podobnie jak Mumbaj, leżą na brzegu morza. Arabskiego. Spotyka się więc w nich niebo z wodą i ziemią, brud z porywem pieśni qawwali i hinduskiego gongu świątynnego. Na grobli wiodącej do grobu świętego - kruki, kozy, śmieci, bose stopy i ręce wyciągnięte w nadziei,

   

że serce przemienione modlitwą podpowie ci: "podziel się rupiami". Napełniasz je rupiami, aż po moment, gdy serce ci wysycha i komuś, mówisz: nie.
Smutek biedy, gorycz zbyt małego współczucia w tobie miesza się z tym, co bawi. Zabawnym akcentem są pytania: "Madame, czy mogę się z panią sfotografować?" Magia białej skóry czy kapelusza damy?
Jeśli żarliwość duchowa, to i coś przyziemnego, dla ciała. W huku pociągów podmiejskich przy wiadukcie opary nad mumbajską pralnią Mahalakszmi.

   

 Świat podzielony na tych, co w pocie czoła tłuką bielizną o kamienne zbiorniki opierając Mumbaj, tych, co przyszli uwiecznić ludzki trud na zdjęciach i i obskakujących ich sprzedawców i żebraków.
Innym znakiem Mumbaju wpisanym nawet na listę UNESCO jest dworzec od czasu brytyjskiego Radżu zwany Victoria Terminus, a w szale odzierania miasta z angielskich miast przemianowany na Chhatrapati Shivaji Terminus. Zdumiewa kształtami, architektoniczną orgią wieżyczek, wykuszy, kolumn, ale i chorą otoczką bezdomnych, żebraków, żyjących na ulicy. Sprawia wrażenie tortu na śmietniku. To właśnie tam kupuje się bilety, by móc miesiąc jeździć po Indiach bez ryzyka ugrzęźnięcia w jednym miejscu w oczekiwaniu na miejscówkę. Tu pierwszy (ale i nie ostatni raz) naciągnięto nas na pieniądze. Pewnie mamy na twarzy napisane: "drugi dzień w Indiach, wyrównujcie, naciągając nas, podział między Wschodem a Zachodem!". Z lżejszymi kieszeniami wędrujemy, a raczej trzęsiemy się w rykszy jadąc do zbiornika wodnego Banganga.

   
 W poszukiwaniu wytchnienia  od chaosu miasta. Ghaty ku wodzie i w świetle zachodzącego słońca odbite stare świątynie i nowoczesne wieżowce. Niedaleko biel dżinijskiej świątyni. Bez wiernych w maseczkach zabezpieczających ich od połknięcia żywego przecież owada.
Z trudem odnalazłszy wejście do dzielnicy Parsów spotykamy się z odmową. Nie wolno nam nawet podejść do murów otaczających Wieże Milczenia. Zabarykadowany świat Parsów. Z 1200 lat temu uszedłszy z Persji do Indii przed prześladowaniami muzułmańskimi, czciciele ognia stworzyli w Gudżaracie i w Bombaju swoją enklawę. Wierzą oni, że aby po śmierci ciałem swoim nie skazić ani ziemi, ani powietrza, ani szczególnie świętego ognia, należy je oddać na pożarcie sępom. Wystawiając je w specjalnie do tego zbudowanych Wieżach Milczenia. Z powodu wymierania sępów ostatnio ciała ich poddawane są też wysuszeniu w sztuczny sposób. Inaczej niż hindusi znani na całym świecie z płonących na brzegach Gangesu w Benaresie stosów  trawiących  zwłoki, Parsowie pozbawiają się materii  po śmierci z dala od ludzkiego oka. Zmniejszając się z roku na rok jako wspólnota. Zaciekawiona ich obrazami w filmach "Little Zizou", "Pestonjee", czy w książce "Przepaść między nami" Thirty Umrigar, zastanawiam się, czy czeka ich taki sam los, jak wymarłych już prawie w ostatnich latach Żydów keralskich?

I... kolejne wtajemniczenie - indyjski "sleeper". Jedziemy do Dżalgaonu, by w niedzielę móc obejrzeć buddyjskie groty w Adżancie. Ponad dwa tysiące lat temu ktoś w ciemnościach świątynnej jaskini wyrzeźbił te oto postacie:

   

By to zobaczyć trzeba się w upale wspinać po ścianach wąwozu (w czas monsunu pewnie huczącego wodą).

   

 Chyba, że pozwolisz się ponieść w lektyce ulegając błaganiu Indusa "Madame, ty siedzisz, a ja mam pracę".

    
to nie ja, przecież ja fotografuję !
Adżanta to obietnica tygrysa, który lubi się czasem pojawić na  obrzeżu doliny (najczęściej w opowieściach przewodnika). Niespełniona. Można jednak pocieszać się widokiem małp.

   

Przy grotach, czy wokół patio MTDC, gdzie można mieszkać w oczywiście zamykanym na kłódkę pokoju. Jak u nas piwnica. Ale najwięcej pamięć wypełniają rzeźbione kolumny,

   

 postacie kamiennych słoni, wypatrywane w ciemnościach obrazy naścienne z błyszczącym w mroku naszyjnikiem na dawno strawionej popiołem stosu szyi. "Gdzie są niegdysiejsze śniegi!", wzdychał z 500 lat temu Francois Villon. Przypomina mi się to, gdy patrzę na postacie ludzi, którzy przeminęli z dwa tysiąclecia temu zatrzymując swoje cienie w sztuce.

   

Adżanta to miejsce przegranej bitwy o naszą wolność. Zaledwie wyskakujemy (a może raczej wypełzamy uginając pod ciężarem plecaków),  a już przed autobusem oplata nas złotousty wąż kusiciel. Muzułmanin Ali. Otoczy nas czułą troską decydując, gdzie śpimy, gdzie jemy, czym jeździmy. Przepłacając słono, wmanipulowani w tekst  "Zapłacicie mi na końcu tyle, ile uznacie, że warta jest moja przyjaźń".  Uf, strzeżcie się Alego w Adżancie! Obłaskawiony rupiami tak nas polubił, że przekazał białych jeleni  swemu kumplowi w Elurze, Vijayowi. Ten (z imienia wnioskując hindus, ale turystów uwodzący na swój rzekomy buddyzm) mimo naszej próby zawalczenia o niezależność w zwiedzaniu, zajął się nami podobnie jak Ali. Pewnie nikt się nie zdziwi, że w strachu, iż teraz od miejsca do miejsca będziemy jak paczka przekazywani kolejnym naciągaczom, nie zdradzamy nikomu kolejnego celu naszej podróży.
Ale na razie jesteśmy w Elurze. Nawet jeśli z trzydziestu czterech hinduskich, buddyjskich i dżinijskich świątyń wybierzesz kilkanaście, to obejrzeć je w palącym słońcu, to nie lada wyczyn. Dla oczu i nóg. Ratunkiem jest jednak chłód i cień rzucany przez wykute w kamieniu rzeźby.

     

 Gdy zamknę oczy, myśląc: świątynia Kailaś, widzę coś, co jest zatrzymaną w kamieniu potęgą ducha,

   

 wyrwanym skale kształtem: słonia, tancerki, Boga. Z wysokości góry, ciemność murów świątynnych rozjaśniają kolorowe plamy sari.  Najwyraźniej wyłania mi się z pamięci pewna indyjska rodzina  przed płaskorzeźbą demona Rawany potrząsającego himalajską góra Kajlas. Próbuje on ze swojej siedziby zrzucić boską parę Sziwę i Parwati. Przed starożytne rzeźby do zdjęcia przywieziono dziewczynkę na wózku. Troskliwie podprowadzono staruszkę.

     

 W ich wędrowce po świątyniach Elury (mimo słabości kalectwa i starości) widziałam, z jaką dumą i podziwem Indusi nawiedzają swoje zabytki, budując swoją tożsamość także w odniesieniu do kultury  stworzonej w przeszłości.
 
Do Dauladabadu dostajemy się już na własną rękę, a więc nie przepłacając za taksówkę, ale trzęsąc się wraz z Indusami lokalnym busikiem.
  
      

 Wiatr wieje, słońce praży, ścigamy się (30 km na godzinę!) z wymalowanymi jak dziecięce kolorowanki ciężarówkami, zaprzęgami z wołami czy motocyklistami z twarzą osłoniętą jakby bandycką chustą (za to bez kasku).

   

 Droga tu to ciągły spektakl. Nie można się nim nasycić. Mimo biedy, a więc i brudu, Maharasztry, rozjaśniają ją w największym nawet błocie kolorowe plamy sari, biel ubrań muzułmanów. No i oczywiście wszechobecne uśmiechy ludzi.

   

Dauladabad to twierdza niedaleko rozbudowanego przez ostatniego z Mogołów miasta Aurangabad.  Wolałam zobaczyć ją niż kopię Taj Mahalu stworzoną w tym mieście. Tutejszy grobowiec jest wyrazem nie miłości męża do żony (jak w Agrze), ale syna do matki. Tę wyrażona  w kamieniu miłość, większą od śmierci, odpuściłam sobie na rzecz twierdzy. Dźgającej niebo pomarańczowym minaretem.   

 

 Zamkniętym, by uniknąć samobójczych skoków. Z Indusami z religijną żarliwością całującymi działo.

  

Z mrocznym labiryntem pułapek czyhających na szturmujących. Musielibyście się tak zgubić w tej ciemności jak ja, by by poczuć choć trochę lęk, jaki kilkaset lat temu przeżywali błąkający się w mroku napastnicy.
Przyjazd przez Aurangabad

 
Może ktoś z Was napisze coś o hinduskim znaku
błogosławieństwa (nie mylić z faszystowską swastyką!)


  na ostatnią stację w Maharasztrze, Solapur  i ... pociągowe piekło. Mieliśmy już za sobą wtajemniczenia w indyjskie podróżowanie pociągiem. Z Mumbaju. Nerwowe czekanie do godziny odjazdu pociągu na informację, z jakiego peronu odjeżdża, a potem bieg w tłumie z plecakami, by pokornie czekać godzinami na jego przyjazd. To było preludium przygód na indyjskich kolejach. Przedszkolem grozy, która zawsze okazywała się potem zabawną przygodą. Uczącą nas czekania,  cierpliwości i zaufania do ludzi.
Tym razem wpadliśmy w pułapkę listy oczekiwania, niepotwierdzonych miejsc i niepewności, co dalej. Ale i bezinteresownej pomocy Indusów. Porwani rzeką tłumu wylądowaliśmy w pociągu z trudem wyobrażając sobie naście godzin jazdy na jednej nodze z obciążeniem na plecach.

 

 I bez biletu. Ale Indie to miejsce cudów. Sab kuch milega.सब कुछ मिलेगा. Jak Morze  Czerwone rozstąpiło się kiedyś przed Żydami, by uciekając ze zniewalającego ich Egiptu, mogli suchą nogą przejść na drugi brzeg, tak i tu z godziny na godzinę stojący zaczynali siedzieć, siedzący  zaczynali leżeć.  Cud się dokonał siłą pragnienia dzielenia się  miejscem z potrzebującymi go. Czy Indusów uczy tego przeludnienie? Błogosławiona lekcja uwzględniania drugiego.
Tym razem też zostajemy przekazani pod pieczę kolejnej osoby, ale już nie naciągacza, ale dziennikarza z Solapuru gotowego do pomocy. Pada pytanie: co was ciekawi? I odpowiedź: święte miejsca. I Solapur zostaje w nas pod znakiem wchodzenia do trzech świątyń hinduskich.

 

 Bose stopy, nasze czoła uciekające od hinduskich znaków błogosławieństwa, rodzina kładąca na podłodze swego umierającego (no bo gdzie ma przynieść kogoś, kto właśnie przechodzi do Boga?), widok wiernych wodą idących do świątyni zbudowanej w rzece Bhimie, pławienie  w niej bydła.

 

 Równoczesność prozy i poezji. Brudu i czystości. Kolory,

 

 nasycenie zapachami, czar widoku hinduskich obrządków z łodzi na rzece. Trzy świątynie w ciągu jednego dnia - można poczuć przesyt.
Odpoczywamy następnego dnia w pociągu opuszczając Maharasztrę na rzecz kolejnego stanu: Karnataki.
Badami - niegdyś (VI- VII wiek) stolica królestwa Ćalukjów, dziś kilka ruchliwych ulic zaledwie 25-tysięcznego miasta. Nareszcie dostęp do internetu i zdumienie, że szanuje  się go tu czcząc zdejmowaniem butów jak świątynię. Potem okazuje się jednak, że buty stoją przed domami, sklepami. Wszędzie. To daremna próba nie wniesienia kurzu Indii do domów.
Badami żyje odcinając kupony od przeszłej chwały. Z turystów zaliczających szybkim obfotografowaniem kolejne pozycje z listy UNESCO. Wśród nich pobliski Pattadakal. W błocie i brudzie z nędzy wioski - nad rzeką Malaprabhą: cud ładu. Otoczona ogrodzeniem zieleń trawników, cień od palm i grupa wolno stojących świątyń z VIII wieku. Znów pączkujących rzeźbami, tajemniczych dla tych, którzy w ich płaskorzeźbach nie mogą odnaleźć scen "Mahabharaty" i "Ramajany". Nie znając eposów płynących w krwi Indusów. Na moich oczach ich dzieciaki uważnie patrząc na płaskorzeźby słuchają historii opowiadanych przez nauczyciela.
Warto było tu przyjechać nie tylko po to, by zobaczyć splecione miłośnie kamienne pary, czy otwarte szeroko ciemne oczy  zasłuchanych dzieci. Radością jest też droga z Badami do Pattadakalu. Mały busik przeznaczony dla 8-10 osób puchnie od ludzi. Tych na dachu, tych na kolanach, ściśniętych, stłoczonych,
 
 

trzęsących się po drodze z wybojami. Jest nas  coraz więcej i więcej. A ta ilość wywołuje radość bliskości i cud pojawiania się dla kogoś miejsca, którego jeszcze przed chwilą absolutnie nie było!
Mówiąc o sztuce Indii słowo Badami wypowiada się jednym tchem z nazwami dwóch innych sławnych niegdyś stolic imperium. Badami, Pattadakal i  Ajhole. Po Adżancie i Elurze nie obiecuję sobie już zachwytów  na widok grot świątynnych w Badami, a jednak zdumiewa samo umiejscowienie. Tym razem czerwień wysokich piaskowców, ich ogrom i stada małp usiłujących wyrwawszy torbę uciec na niedostępną dla człowieka skalną półkę. Tak mija dzisiejszy dzień. Życie w słońcu, ruch, pisk dzieci, bieg małp. A w pieczarach świątynnych nieruchoma, przyczajona w ciemnościach przeszłość skamieniała w rzeźbach Sziwy 18-ma ramionami wirującego w tańcu,  czy zastygłego na śpiącym wężu Wisznu.
W takim żarze pocieszeniem jest już samo spojrzenie na zieleń (w porównaniu z Maharasztrą dużo więcej jest jej w Karnatace), a co dopiero na wodę. Wiedział to ktoś, kto u stóp ognistych w kolorze skał stworzył kiedyś  jezioro Agastya.

 

Wędrujemy wokół niego prowadzeni przez zaledwie 12-letniego chłopca. Wśród figur przedstawiających ewolucję ludzkości. Podziwiając piorące na ghatach praczki, obskoczeni przez dzieci, uczeni w szkole liter alfabetu kannada.
ವಿಠ್ಠಲ, ವಿಠೋಬಾ ಮತ್ತು ಪಾಂಡುರಂಗ.  Niełatwo, prawda? Jeden z dzieciaków zadziwia mnie prosząc o zdjęcie i dając mi gotowy już adres, na jaki mam je  mu wysłać. Czy gdzieś w tych urzekających nas kolorami,

 

 

 

ale jednak półslumsowatych domkach

 

 kryje się jego pokój oblepiony  zdjęciami przysłanymi mu przez turystów z Zachodu? A wśród nich zrobione przeze mnie zdjęcie?

 


Kolejny etap podróży po Karnatace to  ruiny miasta Widźjanagar, bardziej znane dziś od nazwy wioski, wokół której się rozciągają, jako Hampi . Zaczynam się już zastanawiać, ile choćby najpiękniej stworzonych rzeźb,


  

 

 kolumn, świętych zbiorników,


   

 czy ołtarzy z lingą można przepuścić przez swój mózg w tak krótkim czasie? To, co jednak urzeka to fakt, że te niezwykłe twory ludzkiego ducha są za każdym razem umieszczone w tak innej naturalnej scenerii.
 Hampi (koło miasta Hospet w Karnatace)- ruiny wielkiego kiedyś imperium Widźjanagaru leżą nad rzeką Tungabhadrą w okolicy zarzuconej ogromnymi głazami


  

(rzekomo rozsypanymi przez armię małp Hanumana), jasnozielonej od bananowców. Przemierzając dwa dni rykszą te przestrzenie 26 km kwadratowych ruin z 400 lat temu sądu, pałaców, świątyń, stajni słoni widać, jak królestwa obracają się w pył.


     


Od takich obrazów się pokornieje. Szukając wśród ruin płaskorzeźby Hanumana, znajduję robotników odpoczywających od trudu restauracji ruin. Ponosiwszy w kurzu i żarze misami piasek, siedzą na ziemi przy grze, której pionkami są muszelki.


 


Po tych wielkich przestrzeniach trawy wyrastającej pośród lśniących kiedyś posadzek biegają jaszczurki.  W miejscach, gdzie kiedyś w rękach roześmianych kupców przelewały się drogie jedwabie i  atłasy ciasnota,  nadal handlują, choć


 


radosny zgiełk , ale i brud muzułmańskiego targu w Hospet

 

 


wręcz osacza. Odpoczynek znajduję wśród na co dzień mówiących w malajalam ludzi, którzy boso podczas mszy wychwalają śpiewem Boga po angielsku.
Czas już  zmienić środek lokomocji. Samolot, taksówka, ryksza, rozklekotany autobus bez szyb, czy sleeper pełen śpiących na półkach Indusów.


 


Teraz kolej na sleeper-autobus. Wnęki posłań zasłonięte kotarą. Klimatyzacja. Królewska jazda. Ale jak to w Indiach - nie bez zaskoczenia. Nad ranem przesiadamy się w Ankoli do rozklekotanego busika. Co zakręt spodziewam się, że rozpadnie się on jak domek z kart. Zostawiając na szosie z tuzin białych turystów. Swoją drogą pierwszy raz widzę nas tylu  na raz w jednym miejscu.
Nad ranem ostatnie miejsce w Karnatace. Spontaniczna realizacja pomysłu podrzuconego nam przez samotnie podróżującego po Indiach Francuza Ceciliona - Gokarna nad Morzem Arabskim. By uniknąć szpanu zalanych przez turystów plaż na Goa. Morze!!! Balsam na zgłodniałe wodnej przestrzeni oczy. Już samo patrzenie na nie, ma orzeźwiającą moc kąpieli. W Gokarnie ma ono dwie twarze:
pełnej wałęsających się białych plaży


 


z kawiarenką  na brzegu (Namaste Gate) i  wypełnionej przez Indusów plaży


 


w miasteczku. Ale bez przesady. Na żadnej z nich nie ma tłumów ludzi.
W miasteczku koegzystuje ze sobą stare i nowe. Obok rosnącej liczby turystów, a wraz z nią otwartych do północy kawiarenek internetowych, księgarni z książkami po angielsku o Buddzie, o jodze, czy Sai Babie - całe stada braminów. Boso, w białych lungi, z obnażonymi torsami, z czołami ubarwionymi czerwono białą pastą.


 


Gokarna to sławne w Indiach miejsce pielgrzymek hinduskich. Z ich świątyń słychać śpiew modlitw, huk bębnów, czuć woń kadzideł. Policja otacza pochód przenoszący z miejsca na miejsce ozdobione bóstwo. A obok wysypisko śmieci,


 


wałęsające się w poszukiwaniu żeru bezpańskie psy i kruki, a metr dalej orgia kolorów sprzedawanych sari.


 


Zdumienie budzi świątynny drewniany wóz o ogromnych kołach.
Gokarna nie może nam zastąpić Goa.  Po pierwsze, bo mamy z niego  (już drugiego dnia kupione) bilety do Kerali, po drugie, jak nie zobaczyć miejsca obtańczonego przez wojujące ze sobą gangi: chrześcijański i hinduski w "Josh" , wsławionego jako Mekka starzejących się hipisów w  "Pariasach"  Pascala Brucknera, czy intrygująco mrocznego w "Trikal". Pozostanie mi z Goa smak homara w "Ritzu" z karaluchami na ścianie, złocisty zmierzch na fasadach chrześcijańskich kościołów Starego Goa, w tym widok kościoła świętego Franciszka Ksawerego


   


i katedry Se, przed którą palono kiedyś niedecydujących się przejść na chrześcijaństwo hindusów. Może jeszcze wylegujące się w słońcu płowe psy i olśniewająca biel kościoła Niepokalanego Poczęcia Matki Boskiej w stolicy Goa Panaji.


   


Wyłowiłam go już okiem w niejednym filmie z Goa w tle ("Josh", "Home Delivery", "Honeymoon Travels").
Zanim wyruszymy z Goa do Kerali, w Margao w poszukiwaniu noclegu pomaga nam przemiła starsza pani. Zauważywszy nasz niepewnie błądzący wzrok, od razu podejmujesię roli przewodniczki wiodąc nas przez pół miasta do hotelu "La Flor". Przedstawiając się nam przy pożegnaniu jako Lucia de Silva ożywiła w nas pamięć całej portugalskiej przeszłości Goa. Nie dziwi nas więc, gdy z rozjaśnioną twarzą pokazuje nam noszone (zawsze!) przy sobie w torbie Dzieciątko Jezus.

   

  


Wielkości sporej lalki. To Ono było źródłem jej szczęśliwego uśmiechu i gotowości do pomocy.
Portugalski cień chrześcijaństwa  (uosabiający inkwizycję do dziś stojący pomnik białego z Biblią w ręce, z nogą na karku tubylca) ma też na Goa swój odpowiednik w świetle takich osób, jak Lucia de Silva.

Następny nasz cel to liczący sobie 26% chrześcijan południowo-indyjski stan Kerala. W "sleeperze" już się nauczyłam: najlepiej wybrać z trzech kuszetek położoną najwyżej. Można sobie na niej poleżeć przez całą drogę, ale wtedy ominą mnie widoki ryżowisk, gajów palm kokosowych, bananowców i wiosek najpierw zielonej Karnataki, potem jeszcze zieleńszej Kerali. Po drodze w pociągu teatr życia, w jednej z jego scen spotykam  hidźrę, trzecią płeć w Indiach.


 


Świadomy wyjątkowości swej pozycji próbuje mnie na gwałt pobłogosławić domagając się pieniędzy, ale na mój żart, że też go (ją?) mogę za rupie pobłogosławić, śmieje się rozbawiona (y?).

Jedziemy przez całe jej wybrzeże do oddalonej zaledwie o 85 km od krańca Indii, przylądka Komoryn,  stolicy Kerali Thiruvanthapuram. Dla szukających ułatwień z brytyjska jeszcze do niedawna Trivandrum. Miasto spotyka nas zabawnym, ale i pełnym siły obrazem kobiet oblegających dworzec i brzegi wszystkich ulic.


 


Przykucnięte przy palenisku z kilku cegieł, z garnkiem glinianym przykrytym liściem palmy. W tych garnkach będą zaraz warzyć strawę na rozpoczynające się święto.....Piękny widok - tysiące kobiet w przekolorowych sari. Wszystkie motyle ogrodów zebrane w jednym miejscu. Szkoda, że moi współtowarzysze podróży chcąc uciec od zgiełku święta, każą się zawieść rykszą na pobliską plażę Kovalam. A tam latarnia morska, rodziny indyjskie nie kąpiące się, ale moczące nogi w wodzie,


  


wysoka zbijająca z nóg fala, na brzegu łodzie rybackie z budkami pokrytymi wyschniętymi liśćmi palmowymi. Szukające cienia bezdomne psy. Podskakujące na piasku kruki.


 


Medytujący lub szukający na skałach przybrzeżnych romantycznego tła do pamiątkowych zdjęć. Pięknie nam się na tych skałach  raniutko  śpiewało psalmy, także te wychwalające Boga za stworzenie morza.


 

 

Każde przejście do hotelu to pokusa pakowania do plecaka kolejnej drobnostki


 


z myślą o kimś, kogo Indie ominą.


 


Wieczorem wystawione przed restauracjami ryby i krewetki złowione przez rybaków w morzu i rosyjskie glosy w kawiarence internetowej. W tym jeden z rozżaleniem dziwiący się, że nie chcę Polski jako części rosyjskiego Imperium. Ciężko z tej idylli fal i podmuchu wiatru od morza wyrwać się w chaos


  


i niepokój




Thiruvananthapuram.

Jedziemy, by tam zobaczyć przynajmniej główną świątynię Sri Padmanabhaswamy. Z Kerali daleko do zaprzężonej w woły wiejskiej Maharasztry. Kerala jeździ wieloma nowoczesnymi autami i motocyklami, a  polując na fotomotywy nie szukam tu kobiet idących z dzbankiem na głowie do studni czy piorących w rzece, ale wypatruję czerwone sierpy i młoty namalowane na murach.


 


Za dwa miesiące wybory i w Kerali zmierzą się ze sobą tylko dwie liczące się tu partie: Kongres i dotychczas wygrywający komuniści. Na szczęście, wg Keralczyków, nikłe szanse ma tu skrajnie prawicowa, głosząca Indie dla hindusów Indyjska Partia Ludowa (Bharatiya Janata Party).
Przed świątynią Sri Padmanabhaswamy w Thiruvanathapuram  mnóstwo lśniących nowością autobusów z pielgrzymkami.  Święty zbiornik zamknięty na kłódkę otwieraną za 5 rupii. Przed świątynią obmywają nogi tłumy kobiet w barwnych sari i mężczyzn w białych lungi z obnażonymi torsami.


 


Przeładowana rzeźbami (wbrew tradycji Południa niepomalowanymi jednak jaskrawo) wieża - w siatce rusztowań.


 


  Nie hindusom wstęp wzbroniony, ale oburzonemu na nietolerancję religijną Amerykaninowi pozwolono wejść pod warunkiem, że wskoczy na chwilę w hinduską skórę nagości osłoniętej tylko białym płótnem lungi i czerwono-żółtymi znakami na czole.
Po nastrojach hinduskich wejście w neutralność parku z pomnikiem Gandhiego


 


i targ muzułmański. Wtopiony w otaczające go domy meczet. Tylko wieża minaretu zaznacza jego obecność. W środku jak w chrześcijańskim kościele sufit w wentylatorach. I jeden modlący się mężczyzna. Czy to na niego czeka na zewnątrz matka z dziewczynką?  Mała prosi mnie  zdjęcie, także  ze starą żebraczką, siedzącą w miejscu,


 


gdzie powinno być najłatwiej o miłosierdzie - przed meczetem.
Jeśli Kerala załapuje się w rankingi typu: 100 cudów Indii, to przede wszystkim dzięki swym rozlewiskom. Dojeżdżamy  z  Thiruvanathapuram do Alappuzha. Gdy wędrujemy tu nad morzem, niepokoją nas chmury na niebie i nagle zapadająca ciemność nad groźnie wyglądającą falą.


 


Kilka dni po naszym wyjeździe osiągnie ona taką wysokość, że zaleje rozlewiska zmuszając rząd do ewakuacji zamieszkujących je w pozornej idylli ludzi. Następnego dnia jednak, nie mając pojęcia o możliwości tak wysokiej fali, płyniemy łodzią po okolicznych rozlewiskach. Wchłaniając w siebie ich spokój i ciszę.


 


Przed nami na brzegu teatr rozpoczynającego się dnia. Ktoś się myje na schodkach do kanału, ktoś pierze, matka kąpie dziecko,  ktoś czyści sobie zęby, pucuje naczynia, przygotowu


  


Ktoś pracuje już na palmie zrywając kokosy.


    


Trud i pokłon składany czystości. Co pewien czas przepływamy obok, a to hinduskiej świątyni, a to meczetu lub często białej fasady kościoła.


 


Święte miejsca pomalowane na żywy, jaskrawy kolor. Ku radości oka. Z jednego z nich słychać uspokajający śpiew czci składanej Krisznie. Wśród wielu niezrozumiałych dla mnie słów w malajalam, dociera do mnie, znane mi z hindi słowo: Bhagwan - Bóg, Opiekun.


 

Po spacerze łodzią, także po kanałach pięknie (ale niebezpiecznie dla życia na rozlewiskach) porośniętych mchem afrykańskim,


 


płyniemy promem do Kottayam. Po drodze zbiera on, zatrzymując się na wodnych przystankach dzieci do szkoły, kobiety na targ. By uniknąć zgiełku miasta zachowując w sobie jeszcze ten spokój ogromnej wody w Kottayam od razu  z promu przesiadamy się do popularnego tu białego maruti i  taksówką ruszamy w kierunku  gór, do Kumily, wioski położonej u wrót dżungli wokół rzeki Periyar.  Po drodze rośnie nasz zachwyt na widok coraz wyższych Ghatów Zachodnich. Spada nawet na nas niespodziewany w czas nie monsunu deszcz - rzęsisty, ulewny, porywający! Ten dawno niewidziany deszcz cieszy mnie, jak Indusów z "Lagaan".

Po całym dniu drogi, to na wodzie, to szosą wieczorem w Kumily stać nas już tylko na obejrzenie starożytnej keralskiej sztuki walki - kalaripayatu.


 


Kiedyś walczono w ten sposób na śmierć i życie. Teraz to sztuczki umiejętności panowania nad ciałem pokazywane na arenie pełnej białych ludzi.


 


Kumily z tarasem wychodzącym na skraj dżungli Periyaru (zgodnie z obietnicą nazwy hotelu "Periyar View")


  


okazuje się miejscem cudownego wypoczynku.  Uszczęśliwia mnie zanurzenie się w zieleń plantacji herbaty,


 


pośrodku której co pewien czas wyrasta jakieś drzewo obrośnięte pieprzem.


  


Wciąga mnie zamknięta przestrzeń fabryki, w której krok po kroku powstaje herbata. Choć wolę ład i przestrzeń plantacji.

W ogrodzie przypraw widzę, gdzie i jak wyrasta to, co znam tylko jako przywieziony do nas : pieprz, gałkę muszkatołową,


 


cynamon,


 


kardamon, ryż itd.
Ale w Kerali flora to tylko pół zabawy. Jest jeszcze fauna z jej królem - słoniem. Kolebię się więc z jego grzbietu oglądając porastający jakieś drzewa pieprz.  W gaju kardamonowym. Widzę cudzą radość kąpieli ze słoniem,


 


od jego kornaka dowiaduję się, że potrafi znać malajalam i tamilski. Północnoindyjskiego hindi jednak (jak jego opiekunowie) uczy się chyba mniej chętnie:) Dwuznaczność radości ze słoni. Jeździmy na kimś, kogo nogi pęta się łańcuchem, obok kogo kroczy kornak z kijem.


 


Taki dzień można uwieńczyć tylko masażem ajurwedycznym. Dotyk i ucisk dłoni Biczu jest cudownym doświadczeniem. Gdy dłuższą chwilę ta, pierwszy raz przeze mnie widziana, kobieta splata swoje palce z moimi, czuję się poruszona. Wrażenie pogłębia jej uśmiech, gdy z dumą mówi o swoich dzieciach. Uśmiech ten gaśnie jednak na jej twarzy, gdy pytam o  męża. "वह मर गया". W kraju nie rozpieszczającym wdów ta  kobieta z Kovallam sama wychowuje dwoje dzieci. Z dala od swojej rodziny, tu w Kumily.
Ostatni dzień w Kumily zaczyna się dla nas jeszcze w ciemnościach. Dziwi ruch panujący przed wrotami do dżungli Periyar. Czekam na tą wyprawę trochę niespokojna. Co jeśli spotkam węża (pamiętacie "Pardes"?), albo  tygrysa (z "Kaal")? Równo o szóstej zostaje otwarta brama do dżungli i ku memu zaskoczeniu wszyscy jeden przez drugiego rzucają się na wyścigi ku brzegom jeziora Periyar. Podskakujemy gwałtownie waląc w dach rykszy. Na "sleeping policemen". Naprawdę pędzimy na złamanie karku wyprzedzając rykszę za rykszą. By znaleźć się wśród pierwszych... w kolejce do strażników wydających przy komputerach pozwolenia na wejście do dżungli. Trudno nazwać to wejściem, bo nie decydując się zapłacić za pięciu strażników (tylko tubylcy keralscy mogą sprawować te funkcję), w tym jednego uzbrojonego, stać nas tylko na płynięcie stateczkiem wśród uschniętych konarów drzew zatopionych


 


tu podczas tworzenia jeszcze w  roku przez Brytyjczyków z rzeki Periyar sztucznego jeziora. Szczyty górskie stały się wówczas wyspami,

 


rzekomo miejscem przebywania dzikich słoni. Rzekomo, bo marzniemy  o świcie po wariackiej jeździe wypatrzywszy zaledwie kilka ptaków i na brzegu słonie łajno. Pocieszeniem są okradające nas małpy na brzegu.


  


Dzień zjeżdżania autobusem z góry dół, od Ghatów Zachodnich


  


w kierunku brzegu morza, do Koczina. Mijamy plantacje herbaty i ciężarówki z namalowanymi na plandece: Jezusem, Ganeśą, Matką Boską, Kriszną lub Matką Teresą. Tu wiele opisów na łodziach, rykszach i autach jest westchnieniami do Boga. Napisy głoszą moc modlitwy ("Prayer is My Power"), oddają ludzi pod opiekę Saint Mary, Saint George, który jest w Kerali bardzo popularnym  świętym. Co rusz to widzę go umieszczonego w wielopiętrowych szklanych klatkach przydrożnych kapliczek. Wciąż zabija i zabija  odradzającego się smoka. Wyłapuję po drodze portrety ludzi.


  


Zmieniwszy autobus po całym dniu jazdy z Kumily (5 godzin, 30 km na godzinę!) przejeżdżamy przez zdumiewająco nowoczesny Koczin. Zdążając ku dzielnicy Fort Koczi, gdzie zaplanowaliśmy nocleg w hotelu "Elite". Hotel z pokojami piętrami otaczającymi "patio" przypomina więzienny spacerniak. Daleko mu do dumnej nazwy "Elite".  Po doświadczeniu  naszych ostatnich hoteli brakuje nam tu czystości i serdecznej atmosfery. W dodatku do upragnionego przez J. morza trzeba znowu jechać godzinami. Pocieszamy się śpiewając poranne psalmy obok olśniewająco białej pobliskiej katedry Santa Cruz, przy kapliczce Matki Boskiej Fatimskiej.

 

 To ulubione miejsce nie tylko nas, ale i szukających  tu cienia psów, kóz, żebraczek liczących na serce skruszone modlitwą i keralskich chrześcijan. W rosnącym żarze i duchocie zlani potem, dajemy się rykszarzowi wieźć od sieci chińskich,

  
 
pod prosty, skromny, zbudowany na najstarszym w Azji kościele - kościół św. Franciszka.

 

 I zatrzymując się przy przepełnionych duchem modlitwy meczetach do pagodopodobnego Pałacu Holenderskiego. Obok niego wodny zbiornik, w którym w obawie przed jego skażeniem nie zmyliśmy z siebie upału (niestety). Z pałacem sąsiaduje budząca moją wyobraźnię synagoga Pardesi, o której tyle naczytałam się w "Ostatnich Żydach w Kerali" Edny Fernandes.

 

 Wokół synagogi żydowskie miasteczko, z którego po exodusie do Izraela w 1948 roku i wymieraniu bezdzietnie  ostatnich rodzin żydowskich zostały tylko słowo "Shalom" jako nazwa butiku sprzedającego sari, trawa wyrastająca z ruin, rysunek gwiazdy Dawida

  

 i policjant podsypiający na krześle obok zamkniętej bożnicy. Puste miejsce po Żydach keralskich zapełniają hindusi, muzułmanie

 

 i chrześcijanie.
Dzień zamykamy, obejrzawszy przystań rybacką,

 

 radością z  przedstawienia keralskiego teatru kathakali. Najpierw na naszych oczach odbywa się charakteryzacja. Z codzienności twarzy wyłania się świąteczność maski.

 

 Zanim zaczniemy oglądać zaledwie dwie sceny z eposu "Mahabharaty" (z udziałem Draupadi, żony pięciu mężów i jednego z nich, siłacza Bhimy) aktor tłumaczy nam język znaczeń: kolorów, gestów, mimiki, ruchu gałek ocznych, mudr - gestów dłoni. To pomaga nam wejść w dzianie się.

 

 Pod zawodzący głos jednego z aktorów i huk bębnów przebrani i pomalowani aż po odczłowieczenie twarzy aktorzy odgrywają uczucia pożądania, strachu, wstrętu, oburzenia, gniewu czy tkliwości. Poruszeniami oczu, drżeniem warg, ruchem rąk przekazując bardzo prawdziwie przeżywane uczucie.  Na scenie, na której płonie ogień przy ozdobionych pomarańczem nagietek figurkach Ganeśa, otoczonej świeżo przed spektaklem narysowanej kredą na podłodze koronce mandali,

 

 dzieje się coś niezwykłego, bardzo dziwnego w formie, bardzo bliskiego mi w treści.

  
 
Po skończonym spektaklu w skróconej do zaledwie 1, 5 godziny (a nie wielu godzin czy dni) wersji, na widowni widzę  prawie tylko białych. Jeden z aktorów zagaduje do nas po polsku (jedyny moment, gdy przez ten miesiąc w Indiach, słyszałam  język polski): "Jak się masz na imię?". Teatr kathakali w Koczinie to też jedyne miejsce, gdzie dysponowano informacją po polsku. Po uczcie dla ducha karmienie ciała ulubionym lassi i krewetkami.
Jak dobrze, że bilety lotnicze (jeden dzień dłużej dzięki temu w Mumbaju), kupowaliśmy na początku podróży! Gdy mieliśmy jeszcze na nie pieniądze! Sam lot Koczin-Mumbaj trwa chyba krócej niż  droga przez Koczin na lotnisko. Autobusem.
Czas w Indiach pojmowany jest koliście. Nasza podróż też zatacza koło. Z ciekawością, ale i lękiem wjeżdżaliśmy miesiąc wcześniej (przez slumsy) w Mumbaj. Jak go ujrzymy teraz?
Mieszkanie na Colabie, niedaleko Wrót Indii, budzenie się od gruchania gołębi (już nie od krakania kruków) w jednym z hoteli Parsów (Bentley's) ma swój urok. Kilka kroków i możemy podziwiać na tle pobrytyjskich budowli rodzinne przedstawienie. Chłopiec gra na bębnie, matka na misie, roczny malec łazi między nimi, a na na linie balansując ciałem kroczy  kilkuletnia dziewczynka.

 

Tuż przed Muzeum kiedyś księcia Walii, teraz Chhatrapati Śiwadźi, wojownika Marathów obranego sobie za symbol przez  ekstremalnie prawicową partię Shiv Sena.

   

 Szukając mszy w katedrze świętego Tomasza mijamy specyficzną architekturę pozostawionej tu po Brytyjczykach Biblioteki, Uniwersytetu, czy chronionego przez posterunek policji Sądu.

 

Dwa kroki od nich do zielonej przestrzeni Majdanu, na którym jednocześnie rozgrywa się właśnie kilka meczy ulubionego przez Indusów krykieta.

 

 Umęczeni zawodnicy odświeżają się obok sokiem z trzciny cukrowej. Na poczcie obok Fontanny Flory  (rzymską boginię roślin też tu pozostawili po sobie Indusom Brytyjczycy), między palmą a światłami, ktoś rozwiesił... pranie.

 

Dalej przy posterunku policji  na tle napisu ostrzegającego przed terroryzmem i podnoszeniem niezidentyfikowanych obiektów, bawi się półnagie (bezdomne?) dziecko.

 

W końcu znajdujemy katedrę świętego Tomasza, przed którą kilku nastolatków gra na ulicy w krykieta.  Ten krykiet pojawi się tego dnia jeszcze raz. Wieczorem. Zaliczywszy (sprawdzeni przez wykrywacz metali)

 

 w klimatyzowanej ciemności kina "Real" ryk radości na widok Kangany, głośne komentarze i podpowiedzi bohaterom ("Manu Wedds Tanu" z Madhavanem i Jimmy Shergillem), zastajemy przed kawiarnią, za szybą której widać ekran telewizora, tłum Indusów. Kibicują właśnie rozgrywkom w krykiecie. Między Indusami a Brytyjczykami.
Co jeszcze chcielibyście zobaczyć w Mumbaju?
Ja bardzo chciałam pójść do Mani Bhavan, domu, w którym Gandhi

 

 żył od 1917 do 1934 roku ogłaszając stąd m.in. Marsz Solny. Bo jak tu próbować rozumieć Indie bez Gandhiego?!

 

W domu przy ulicy Sangrahalaya 19, w górę ku Malabarskim Wzgórzom od Chowpatty Beach, czuje się ducha Gandhiego. Patrząc na jego czarno-białe zdjęcia, oglądając scenę po scenie, jakby w żywych obrazach, odtworzone w figurkach jego życie, czytając jego słowa (w tym list do Tołstoja, czy... Hitlera). Przede wszystkim jednak wzrusza widok tych kilku przedmiotów, które Gandhi uznawał za konieczne w swoim życiu - okulary, zegarek, sandały, kubek, miska, Bhagawadgita. My na miesiąc przyjechawszy do Indii dźwigamy plecak, pod ciężarem którego drobny (ale nie kruchy) Gandhi mógłby się załamać.
Po wizycie w domu Gandhiego, powrót na "stare śmieci". Do kawiarni "Ideal". Miesiąc temu cieszyliśmy się poznawanym smakiem Indii próbując tu po raz pierwszy naan z czosnkiem. W tym  czasie przygnębiająca nas o zmierzchu plaża Chowpatty (tak opiewana jako źródło pociechy i tęsknoty za wolnością w " Przepaść między nami" Thrity Umrigar) zasługuje dziś na odczarowanie. W dzień lęk pierzcha. Słońce leje się na głowę.

 

 A ludzie skupiają się wokół kilku drzew. Korzystając z wypożyczonych mat. Obok nich szukają tu cienia bezdomne psy.

 

  Z poprzedniej wizyty na plaży Chowpatty pozostaje delikatny dotyk dziecięcych palców. Tym gestem i spojrzeniem (jeśli popatrzysz na nie) dzieci wypraszają tu rupie na "khanaa" खाना .

 

Podobnie jak plażę Chowpatty w słońcu, mogę teraz tez doświadczyć spaceru po Marine Drive za dnia. Netaji Subras Czandra Bose.

 

 Tak ją teraz (od kontrowersyjnego bengalskiego bojownika o wolność Indii)  przemianowano rezygnując z brytyjskiej nazwy. Idę po murku dłużej niż do połowy promenady. Mijając zakochane pary,
   

 samotników wpatrzonych w morze,

 

 roześmiane grupy nastolatków, bezdomnych, którzy w załomie muru stworzyli sobie dom. Tuż obok  morza. Z widokiem na nie.

  

Za murem kamienne, sztucznie stworzone bryły zabezpieczające wybrzeże, naturalne kamienie. Z czasem pojawia się trochę piasku.

 

Wieczorem pozostaje nam tylko spojrzenie na oświetlone Wrota Indii i wieżyczkę hotelu "Taj Mahal" plus fontanny hotelu "Oberoi". Zawsze pełno tu Indusów. Grzeją się bliskością sławnych w Indiach miejsc. A wśród nich  sprzedawcy ogromnych balonów,

 

 prażący na małych palnikach orzeszki, handlujący pocztówkami.


Ostatni dzień w Mumbaju (i w Indiach) spędzamy na Wyspie Elefancie. Pierwotnie chciałam (podobnie jak chyba Jan Zakrzewski) zacząć od tego poznawanie Indii. Na dzień dobry spojrzeć w trzy kamienne twarze Śiwy. Wyszło inaczej.
Płyniemy od Bramy Indii,

  


do której wchodzi się, jak do świątyń, meczetów, dworców i kin przez drzwi wykrywające metal.


 


 Pełno Indusów przygotowanych do rodzinnych fotografii, a to na tle


 


Wrót Indii zbudowanych na cześć angielskiego okupanta, którego wojska opuszczając wolne wreszcie w 1947 roku Indie przemaszerowały pod tą bramą, a to na tle Taj Mahalu,


 


ekskluzywnego hotelu zbudowanego przez Parsa upokorzonego niewpuszczeniem go do brytyjskiego klubu. Oba stoją przy placu imieniem oficera lotnictwa, który zginął w 1965 roku  podczas wojny między Indiami a Pakistanem. Ślady dramatów historii i radość dzieci biegających wśród gołębi.


 


Na Elefantę płynie się promem wzdłuż portu, stoczni i rafinerii. Wyłania się z porannej mgły (lub mumbajskiego smogu) jak z niebytu. Czy tak objawiła się z 500 lat temu Portugalczykom?


 


Wyszedłszy z promu zamieniamy się w dzieci kolorową ciuchcią przedzierając się przez żar molo. Mijając z kilometr ziemi , która nie jest ani morzem, ani lądem. Ślady odpływu?


  


W ciągu  miesiąca podróży przekonawszy się, jak bardzo Indie lubią być fotografowane, jak wręcz proszą o zdjęcia, chcąc stać się częścią cudzego (zachodniego?) życia, tu dowiaduję się, że swoją indyjskość uczą się już zamieniać na rupie. Fotografuję J. mijającego kobietę z dzbanem na głowie, a ona wyciąga rękę po rupie za wywożone na zdjęciach smaczki  Indii. Na tej wyspie wędrując w górę 135 stopniami wzdłuż pokus bransoletek, szali, sari,


 


Buddy na koszulkach, Sai Baby w szklanej kuli, Gandhiego na magnecie na lodówkę, spotykam się z kobietami proszącymi o sfotografowanie ich i oczekującymi za to zapłaty.


 

Krępuje mnie to, choć to tylko skromne wyrównanie za tyle zdjęć Indii, których koloryt łapię na każdym kroku.


  


Zachwycona razem. zabytkami, zwierzętami,


  

ale przede wszystkim ludźmi.

Świątynie  wykute w grotach po obejrzeniu tych z Adżanty, Elury i Badami nie porażają już swą niezwykłością, choć dobrze zanurzyć się z jasności słońca w cień ich przestrzeni kolumn


  

 

i  nie móc zatrzymać na zdjęciu trzech twarzy Śiwy. Ledwie go znajduję ukrytego w ciemnościach i może to mój nastrój sprawia, że prawie nie zauważam jego groźnego oblicza zapamiętując łagodność spojrzenia.
Jeszcze z tarasu MTDC widok na orły kołujące nad wyspą i zejście w dół. Z podziwem patrzę na ludzki taśmociąg ustawiony wzdłuż drogi.


 


Co dziesięć metrów mężczyźni przekazują sobie wzajemnie wnoszony na górę ciężar.Trwa budowa i  w ten sposób wielu ludzi ma pracę. Wiele ludzkich rąk czuje trud zdobywania w upale rupii. Ale rupie mogą objawić się też inaczej. Na dole w sklepiku zachwalają czary (jadoo - जादू ). Machnięcie ręką i pustą kartkę wypełniają rupie. Drugie machnięcie i rupie znikają. My też w ciągu tego miesiąca tak machaliśmy i rupie znikały, znikały, znikały. Skąd wziąć więc teraz następne na podróż na północ Indii?  Oczywiście, rozwiązaniem będzie  "jadoo", bo przecież Indie nie odpuszczą mnie po pierwszej podróży. Czekają na mnie w spojrzeniach tylu ludzi!